na pewno chciałam, żeby ciocia mi pomalowała wapnem drzewka, ale co dalej robić, to nie miałam za bardzo koncepcji. nie, żeby nie było co robić, ale właśnie jest tam tyle do robienia, że już nie wiadomo, co jest priorytetem ;p
więc powstała idea popalenia chaszczy, drzew, i w ogóle co można było popalić...
tak więc postało mega wielkie ognicho... szkoda że nie zrobiłam zdjęcia ;p ale na zdjęciach macie stan przed :P oprócz tego po całej działce były składowane jeszcze kupy chrustu a że już paliłyśmy, to starałyśmy się jak najwięcej z tego popalić. Spłonęły więc chaszcze od strony ulicy, spłonęły resztki drzewek owocowych, co kiedyś sąsiad wycinał, spłonęły gałęzie po obcinaniu drzewek owocowych. a jako że nam to ognisko bardzo dobrze szło, to podłączył się jeszcze jeden sąsiad, który przy okazji popodrzucał nam trochę swoich drewnianych rzeczy z szopki.
popaliłyśmy w sumie większość gałęzi.
pozostało po nich tylko wspomnienie ;p
teren znowu przejaśniał....
potem przyszedł drugi sąsiad z piłą i powycinał mi trochę samosiejek z przyszłego placu... zawsze to będzie mniej na później. oczywiście nie może się nic zmarnować, więc poprosiłam go, żeby mi nie ciął tego w małe kawałki, tylko pozostawiał w takich dłuższych patykach. będzie na podpórkę do płota ;) zawsze to drewienko za darmo ;p
w trakcie kiedy ja znosiłam te patyki, mama zagaszała ognisko a ciocia poszła pomalować drzewka.
oto efekt :)
dzień mega pracowity... a to ognisko narzuciło nam takie tempo, że szok ;p
padnięte byłyśmy wszystkie trzy...
oj będą zakwasy, będą... ;p














.jpg)














